|
||
|
Galerie: Oludeniz i Błękitna Laguna Fethiye Kayakoy - Miasto Duchów Tlos, Saklikent Jeep Safari Dalyan 12 Wysp Ephesus Hierapolis i Pamukkale |
Turcja - nasza pierwsza podróż poślubna. Każda następna też będzie poślubna, ale już nie pierwsza. Oto na wpół dziki kraj z piękną, zróżnicowaną przyrodą, wspaniałymi zabytkami i słoneczną pogodą. Samo Oludeniz, to malowniczo położona wśród gór, przy morzu miejscowość turystyczna. Polecamy. | |
|
Dziennik: Poniedziałek, 27 czerwca 2005 Już 2 dni jesteśmy małżeństwem i od rana szykujemy się do naszej podróży poślubnej. Emocje są ogromne, zwłaszcza dla mnie, gdyż po raz pierwszy będę leciała samolotem... Wyruszamy w nieznane... Najpierw jednak musimy się dostać z Łodzi na Okęcie, by dalej się móc przemieścić samolotem do głównego celu naszej wyprawy, a mianowicie Turcji. Wyjeżdżamy z Łodzi około godziny 10 rano. Jeszcze tylko żegnamy się z rodzicami Wiktora, którzy przyszli nas odprowadzić i w drogę! Bez większych problemów dotarliśmy na lotnisko. Teraz musimy znaleźć punkt ? Itaki?- biura, z którego wykupiliśmy wycieczkę i dostać bilety. Szybko się z tym uporaliśmy i kolejny etap-odprawa paszportowa i bagażowa. Z tym też nie było trudności, zwłaszcza że nasz ekwipunek na 2 osoby wyniósł zaledwie 18 kilogramów! Z biletami w ręku udajemy się w kierunku stanowiska, gdzie sprawdzą jeszcze nasz bagaż podręczny i paszporty. Nic nie wskazywało, że pojawią się jakieś komplikacje. Aż tu nagle... informacja, że odlot naszego samolotu będzie opóźniony. Początkowo nie podano szczegółowych danych, chyba po to, by od razu nie rozzłościć czekających tam podróżnych! Jak się nieco później okazało, mieliśmy wylecieć z Warszawy nie o 17, ale o 23. Przed nami 6 godzin czekania i błąkania się po sklepach wolnocłowych bez możliwości wyjścia poza teren lotniska! Po prostu wspaniała rozrywka! Przewoźnik Central Wings w ramach rekompensaty poniesionych strat zasponsorował wszystkim darmowy posiłek i bezpłatne napoje podczas całego lotu. W końcu wsiedliśmy na pokład samolotu i udaliśmy się w kierunku Dalaman. Lot, którego się nieco obawiałam, był całkiem przyjemny i po około 2, 5 godziny dolecieliśmy na miejsce. Port lotniczy w Dalaman okazał się bardzo niewielki, a obsługa nieco senna (ok. godz 1.00) szybko nas odprawiła. Jeszcze trzeba było wykupić wizę turecką, która kosztowała 15 dolarów lub 10 euro i już mogliśmy legalnie wkroczyć na terytorium tego kraju. Po opuszczeniu lotniska czekała na nas rezydentka, która miała dowieźć do poszczególnych hoteli. My udaliśmy się do nadmorskiej miejscowości Oludeniz oddalonej od Dalaman o około 50 kilometrów. Trasa wiodła górskimi serpentynami, ale , niestety, nie mogliśmy podziwiać pięknych widoczków, bo było jeszcze ciemno. Po drodze większość naszych współtowarzyszy wysiadła, a do naszego hotelu dojechaliśmy tylko we dwoje. W recepcji odebraliśmy klucze, by udać się w końcu po tylu wrażeniach na zasłużony odpoczynek. Wtorek, 28 czerwca 2005 Pierwsza noc, co prawda bardzo krótka, zakończyła się, a my w doskonałych humorach udaliśmy się na śniadanie, które podawane było w formie szwedzkiego stołu. Teraz dopiero mogliśmy się zorientować w położeniu naszego hotelu Kalya. Jak się okazało, hotel składa się z kilku małych budynków u samego podnóża największej góry w okolicy, Babadag. Mamy też basen, bilard... Wkrótce stwierdziliśmy, że oprócz nas jest jeszcze czworo Polaków (młode małżeństwo i ojciec z córką). Szybko nawiązaliśmy z nimi kontakt i zaczęliśmy rozmawiać. Dali nam cenne wskazówki dotyczące najbliższej okolicy i spotkania z rezydentką z Itaki, która będzie nam chciała sprzedać wycieczki fakultatywne. Grzesiek z Katowic zachęcał, byśmy skorzystali z ofert tureckich biur podróży, które są sporo tańsze, a tak samo atrakcyjne. Z takimi informacjami udaliśmy się na spotkanie z p. rezydent, która pokrótce opowiedziała nam o miejscowości, zwyczajach, a następnie wciskała nam wycieczki fakultatywne, jednocześnie ostrzegając przed zakupem u Turków. My już trochę mądrzejsi, wzięliśmy tylko 2 wycieczki: na wieczór turecki i jeep safari. Pozostałe atrakcje postanowiliśmy sobie zakupić od miejscowych, mając nadzieję, że dobrze na tym wyjdziemy! Po spotkaniu wróciliśmy do hotelu, następnie wyruszyliśmy na rekonesans. Dowiedzieliśmy się również od Grześka, że do plaży jest bardzo daleko (ok.3 km!) i można tam dojechać busikami, które kosztują 2 liry tureckie. Nas nie przeraziła ta odległość i postanowiliśmy iść w stronę morza. Jak się okazało, po drodze wzbudzaliśmy niemałą sensację, bo to rzadki widok, żeby turyści przemieszczali się pieszo i co chwila zatrzymywały się busy i proponowały podwózkę. Jednak nie skorzystaliśmy. Kiedy dotarliśmy do plaży, zorientowaliśmy się w ofercie tureckich biur podróży, a następnie wykupiliśmy interesujące nas wycieczki, których ceny mogliśmy jeszcze negocjować i w sumie wyszło nam sporo taniej niż w ? Itace?. Po załatwieniu formalności poszliśmy na publiczną plażę i postanowiliśmy po raz pierwszy skorzystać ze śródziemnomorskiej kąpieli. Woda cieplutka, nie to co nasz polski Bałtyk! Po pluskaniu w morzu i krótkim plażowaniu wzięliśmy busik i wróciliśmy do hotelu. Potem szybki prysznic i obiadokolacja. Byliśmy zaskoczeni tak dużym wyborem potraw i mieliśmy zamiar spróbować wszystkiego... Nie był to jednak zbyt dobry pomysł, bo tego było tak dużo, że mogłoby się to zakończyć problemami żołądkowymi... W trakcie posiłku okazało się, że tego wieczoru czeka nas jeszcze niespodziewana atrakcja. Otóż mieliśmy być uczestnikami prawdziwego tureckiego wesela, a poza tym miał być pokaz tańca brzucha. Bardzo ucieszyła nas ta wiadomość, gdyż chcieliśmy poznać kulturę i folklor tego nieznanego dla nas kraju. Kiedy zebrali się wszyscy goście, rozpoczęły się typowe obrzędy weselne. Panna młoda była Angielką, a jej wybranek Turkiem. Dziewczyna była ubrana w typowy strój, a do tego miała zakrytą twarz. Wokół niej tańczyły młode dziewczęta i śpiewały okolicznościowe pieśni. Następnie młodzi chłopcy przyprowadzili jej wybranka i wspólnie prezentowali swe umiejętności taneczno-wokalne. Po tych wszystkich ceremoniach pan młody mógł zdjąć osłonę z twarzy swojej żony i przy niej usiąść. Potem był pokaz tańca brzucha i my także zostaliśmy zaproszeni do publicznego pokazu. Niestety, nie udało nam się dorównać tureckiej tancerce, ale próbowaliśmy... Może kolejna lekcja przyniesie lepsze rezultaty... Środa, 29 czerwca 2005 I zaczął się kolejny dzień naszej wyprawy! Dziś postanowiliśmy wybrać się na ?mały? spacerek, a mianowicie na piechotkę udać się do oddalonej o 14 kilometrów miejscowości, Fethiye. Co to dla nas, taka odległość! Zaraz po śniadanku wyruszyliśmy w drogę. Postanowiliśmy iść główną szosą. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że nie mieliśmy żadnej mapy, a do tego temperatura powietrza ok.35 stopni. Jednak nas to nie przeraziło i rozpoczęliśmy wędrówkę. Po drodze spotkaliśmy fajne skałki, których pewnie niewielu turystów widziało i naprawdę dzikie miejsca. W końcu zobaczyliśmy jakieś domy i okazało się, że jesteśmy na przedmieściach Fethiye. Postanowiliśmy obejrzeć sobie dokładnie to miasteczko. Wiedzieliśmy tylko, że tam jest morze i chcieliśmy do niego dotrzeć. Tak sobie wędrując zobaczyliśmy prawdziwe tureckie życie, wąskie uliczki otoczone małymi białymi domkami. Nagle zobaczyliśmy niezwykłą budowlę, która przypominała jakąś świątynię zbudowaną w skale i niewiele myśląc udaliśmy się w jej kierunku. Jak się później dowiedzieliśmy były to starożytne grobowce likijskie. Na nas zrobiło to niesamowite wrażenie, że zupełnie przypadkowo odkryliśmy coś takiego. Jednak dla Turków jest to całkiem normalne miejsce, do którego można przyczepić antenę satelitarną lub nawet rozwiesić pranie. Dla nas to był prawdziwy szok! Ale Turcy mają po prostu taką naturę i nie dbają za bardzo o zabytki... Chwilę później mieliśmy dokonać kolejnego odkrycia... Gdy tak szliśmy uliczkami Fethiye, naszym oczom ukazała się wielka góra, na szczycie której łopotała wielka czerwona flaga. Bardzo nas to zaintrygowało i zaczęliśmy się wskrabywać jakimiś dzikimi ścieżkami na szczyt. Najpierw Wiktor wybadał grunt, a potem ja niczym górska kozica zaczęłam wysokogórską wspinaczkę. Szczęśliwie oboje dotarliśmy do celu naszej wędrówki. Na wierzchołku znaleźliśmy ruiny twierdzy zbudowanej przez krzyżowców w średniowieczu. Zwiedziliśmy całą budowlę i zobaczyliśmy w końcu upragnione przez nas morze. Teraz już dokładnie wiedzieliśmy, dokąd mamy się udać, by tam dotrzeć. Na górze trafiliśmy na drogę, która prowadziła do...kasy biletowej. Jak się bowiem okazało, nie trzeba było wspinać się po skałach, tylko wystarczyło od drugiej strony obejść to miejsce i w cywilizowany sposób dostać się do ruin. Jeszcze trzeba by zakupić bilet... Tego nie uczyniliśmy i w ten sposób zaoszczędziliśmy kilka lirów! Zeszliśmy do miasta i poszliśmy w kierunku portu i dotarliśmy do centrum Fethiye. Tam znów czekała na nas niespodzianka, gdyż ujrzeliśmy starożytny teatr... Byliśmy już blisko morza. Niestety, nie mogliśmy się w nim wykapać, ponieważ plaża była zbyt daleko, a my już nie mieliśmy siły na dalszą wędrówkę. Żeby sobie wynagrodzić stratę morskiej kąpieli, postanowiliśmy zanurzyć się w jednej z fontann. Tego na było trzeba! Po tak wyczerpującym dniu wróciliśmy do Oludeniz busem, a po powrocie do hotelu wskoczyliśmy do naszego basenu. Czwartek, 30 czerwca 2005 Po wczorajszej wędrówce postanowiliśmy sobie zrobić dzień relaksu i wykąpać się w morzu. W recepcji dowiedzieliśmy się, że możemy korzystać z hotelowej plaży, na którą jeżdżą bezpłatne busiki. Korzystając z okazji zamówiliśmy sobie pojazd i pojechaliśmy nad morze. Na miejscu mieliśmy do dyspozycji darmowe leżaki i materace. Odpłatnie mogliśmy wypożyczyć rowerki wodne. Plaża położona była w niewielkiej zatoczce i dzięki temu woda była bardzo ciepła. Od razu mogliśmy się kąpać. Trochę popływaliśmy, potem próbowaliśmy się opalać, ale wytrzymaliśmy ok. 15 minut i stwierdziliśmy, że już więcej nie damy rady. Dlatego podjęliśmy decyzję, że bierzemy rowerek wodny i obejrzymy sobie najbliższą okolicę. To był doskonały pomysł! I tak minęło nam pół dnia. Potem przenieśliśmy się na plażę publiczną i tam bawiliśmy się na otwartym morzu... Po powrocie do hotelu mieliśmy trochę czasu, by przygotować się do czekającej nas atrakcji, którą miał być wieczór turecki, już drugi i tym razem płatny. Na imprezę pojechaliśmy do Kayakoy, gdzie znajduje się wielka scena, na której miały odbywać się pokazy tureckich tańców ludowych. Największą atrakcją wieczoru miał być pokaz tańca brzucha oraz wielka uczta. Polacy najbardziej jednak ucieszyli się z faktu, że do 22 jest podawany bezpłatnie alkohol. Dzięki temu można było spróbować tureckiego wina, czy piwa. Wszyscy czekali na rozpoczęcie pokazu. Najpierw konferansjer opowiadał o poszczególnych tańcach i rejonach, z których pochodzą i przy jakiej okoliczności są wykonywane. Następnie na scenie pojawili się artyści. Potem rozpoczął się gorący taniec brzucha wykonany przez mistrzynię. Trzeba przyznać, że kobitka była niesamowita i naprawdę się super ruszała. Po niej wystąpił mężczyzna, aczkolwiek dziwnie wyglądający, ale też się świetnie tańczył brzuchem. Po solowym występie wyciągał kobiety z widowni i zapraszał do wspólnego tańca. Ja też znalazłam się na scenie wraz z innymi osobami z różnych krajów. Początkowo wykonywaliśmy ruchy pokazywane przez tancerza, a następnie miał się odbyć konkurs tańca narodów. W związku z zaistniałą sytuacją stanęłyśmy z jedną Polką i jej małą córeczką, Wiktorią w szranki tanecznego pojedynku jako reprezentantki naszego kraju. Niestety, nie doceniono naszego wysiłku i konkurs wygrała dziewczyna z Bułgarii, a w nagrodę dostała butelkę wina. No, trudno! Może innym razem pójdzie nam lepiej... W późnych godzinach wieczornych wróciliśmy do hotelu i już w zanadrzu mieliśmy pomysł na kolejną naszą wędrówkę... Piątek, 1 lipca 2005 Jak postanowiliśmy, tak też i zrobiliśmy. Idziemy na podbój Kayakoy! Po wczorajszych występach stwierdziliśmy, że musimy tam wrócić i sprawdzić, czemu to miasto jest nazywane Miastem Duchów. Znaliśmy już trasę, więc mogliśmy tam podążać. Zaraz po śniadaniu rozpoczęliśmy naszą wędrówkę. Przed nami dystans kilku kilometrów do przebycia, ale po pieszej wyprawie do Fethiye nic nam nie było straszne. Szliśmy sobie wzdłuż szosy, po drodze minęliśmy jakieś górki, chyba niezbyt uczęszczane, ale za to bardzo urokliwe. Gdy tak sobie wędrowaliśmy, ujrzeliśmy jakieś stare domki i małe ścieżynki. Tradycyjnie postanowiliśmy sprawdzić, co to jest i zaczęliśmy się piąć w górę. Stopniowo przybywało zabudowań i już wiedzieliśmy, że to już Kayakoy, opuszczone greckie miasteczko. Jak się dowiedzieliśmy, miasto to do 1924 roku zamieszkiwali Grecy, a potem zostali wysiedleni. Turcy natomiast nic nie zrobili i całe miasto jest w stanie, w jakim 70 lat temu je zostawiono. Na nas zrobiło to niesamowite wrażenie. Wcześniej miasteczko liczące ok. 20 tysięcy mieszkańców, a teraz same budynki, między którymi pasą się kozy i straszą duchy. Przeszliśmy całe miasto. W centrum znaleźliśmy jeszcze zabytkowy kościół z XVII wieku, a w nim innych turystów. Znów ominęliśmy kasę z biletami! My to jednak jesteśmy zdolni! Wszędzie trafiamy zupełnie przypadkowo, wejściem znanym pewnie tylko kozom... No, cóż zrobić... Idąc z powrotem znaleźliśmy jakiś szlak turystyczny wiodący górami do Oludeniz, ale stwierdziliśmy, że już z niego nie skorzystamy i wrócimy lokalnym transportem do naszej miejscowości. Potem wskoczyliśmy do basenu i oddawaliśmy się błogiemu lenistwu. Sobota, 2 lipca 2005 Dziś znów odpoczywamy. Udajemy się na plażę. Mamy zamiar zobaczyć najpiękniejszą turecką plażę, Blue Lagoon Oludeniz Beach. Dojechaliśmy najpierw na naszą plażę hotelową, a następnie przemieściliśmy się na Błękitną Lagunę. By się tam dostać, trzeba wykupić bilet całodniowy. Zaraz można się rozkoszować pięknymi widokami i wsłuchiwać się w dźwięki cykad dochodzące z pobliskiego rezerwatu przyrody. Rzeczywiście plaża jest śliczna! Można tutaj naprawdę odpoczywać... Niedziela, 3 lipca 2005 Dziś jedziemy na pierwszą wycieczkę wykupioną w tureckim biurze podróży. Zastanawiamy się, czy to był dobry wybór. Okaże się wkrótce... Punktualnie o godzinie 9.00 przyjeżdża po nas busik z tureckim przewodnikiem świetnie mówiącym po angielsku. Okazuje się, że oprócz nas jest jeszcze polska czteroosobowa rodzina. Celem naszej wyprawy jest wąwóz Saklikent, starożytne miasto Tlos oraz ferma pstrągów Yakapark. Po drodze przewodnik szczegółowo opowiadał nam o czekających nas atrakcjach. Po jakimś czasie dojeżdżamy do Tlos, gdzie znajdują się ruiny starożytnego miasta likijskiego i wielkie cmentarzysko. Nasi współtowarzysze wycieczki się gdzieś oddalili i mieliśmy przewodnika tylko do własnej dyspozycji... Kolejnym etapem naszej podróży była ferma pstrągów, Yakkapark, gdzie mieliśmy zjeść lunch. Koniecznie trzeba było spróbować tutejszej specjalności, jaką jest smażona rybka złowiona tuż przed przygotowaniem. Rzeczywiście tak pysznego pstrąga jeszcze nie jedliśmy! Podano go z sokiem z cytryny i granatami. Warto do tego dodać, że restauracja położona była wśród drzew (lub wręcz na drzewach), wokół których zrobione były skalne wodospady...i do tego mnóstwo pluskających rybek. Po posiłku pojechaliśmy do wąwozu Saklikent, który ma 18 kilometrów długości. Niestety, całego wąwozu nie da się przejść bez specjalistycznego sprzętu... Okazało się, że wąwóz pokonuje się pieszo po zimnej i rwącej rzece (miejscami aż bolało z zimna!) i koniecznie w butach (najlepiej plastikowych sandałach lub trampkach). My na szczęście mieliśmy takie obuwie, a ci, którzy go nie posiadali, mogli za jakąś opłatą je wypożyczyć. Na początku trasy jest mnóstwo turystów, bo przejście jest stosunkowo łatwe, ale im dalej, tym coraz mniej ludzi. My dotarliśmy możliwie daleko, już w niektórych miejscach woda sięgała nam po szyję, więc warunki były ekstremalne! Nasze ubrania były całe przemoczone, ale było warto! I tak minął nam kolejny dzień... Poniedziałek, 4 lipca 2005 Właśnie stwierdziliśmy, że minęła nam połowa pobytu w Turcji. Czas tak szybko leci! Dziś znowu postanowiliśmy poplażować. Odkryliśmy na dalszej części plaży skałki, przy których było znacznie mniej turystów. Cisza, spokój, morza szum, ptaków śpiew...Do tego jeszcze ogromne fale, na które chcemy się porzucać... Całkowity relaks i beztroska! Aha, w hotelu zmiany, nasi znajomi z Polski odjechali i pojawiła się nowa ekipa (wśród nich jedna para naszych rodaków). Wtorek, 5 lipca 2005 Plan na dzisiaj to jeep safari. Wycieczka wykupiona od rezydentki Itaki i będziemy mogli porównać ją z wyprawą do Saklikent. Już na wstępie okazało się, że nie ma osoby mówiącej po polsku. Był to pewien problem dla ludzi jadących z nami, gdyż nie znali żadnego języka. Natomiast nasz kierowca nie bardzo nawet znał angielski. Płynnie mówił po niemiecku, ale tutaj tylko ja bym go rozumiała. Jechali z nami Anglicy, więc Turek starał się coś tłumaczyć w ich języku lub na migi. W takich sytuacjach najlepiej sprawdza się mowa ciała;). My natomiast musieliśmy wszystko objaśniać naszym znajomym z Polski. Jakoś udało nam się porozumieć i dwoma jeepami udaliśmy się w dzikie zakątki Turcji. Po drodze mijaliśmy prawdziwe wioski, gdzie na drogę wybiegały małe dzieci i obrzucały nas kwiatami, krzyczały na nasz widok... Było to bardzo miłe! Potem jechaliśmy korytem wyschniętej rzeki otoczonej pięknymi górami. Po paru godzinach jazdy mieliśmy przerwę na lunch, który zjedliśmy w restauracyjce przy wąwozie Saklikent. Znów zamówiliśmy pstrąga, ale nie był już tak dobry jak w Yakkapark. Następnie mieliśmy trochę wolnego czasu, by przejść niewielki fragment znanego nam wąwozu. Później udaliśmy się w dalszą drogę, w trakcie której mogliśmy skorzystać z kąpieli błotnej i zobaczyć kolejne starożytne miasto, Xantos. Na koniec była jeszcze kąpiel w morzu. Po całodniowej przejażdżce wróciliśmy do hotelu. Oboje uznaliśmy, że dobrze zrobiliśmy kupując wycieczki od Turków. Itaka dała plamę..., a my już na przyszłość będziemy mądrzejsi. Środa, 6 lipca 2005 W dniu dzisiejszym wyruszamy na spływ rzeką Dalyan, nazywaną tutaj turecką Amazonką. Około godziny 9 rano przyjechał po nas busik. Dojechaliśmy do miejscowości Dalyan, by tam przesiąść się na mały statek i rozpocząć nasz rejs. Przedzieraliśmy się przez gęste szuwary, a po drodze mogliśmy obserwować niezwykłe grobowce likijskie wykute w nadrzecznych skałach. Trzeba przyznać, że robią ogromne wrażenie! Przez kilka godzin mogliśmy rozkoszować się pięknymi widokami, niezwykłymi budowlami. Potem czekał na nas lunch i kąpiel w morzu w dorzeczu rzeki Dalyan. Miejsce to było niezwykłe, gdyż z jednej strony była słodka, a zaraz obok słona woda. Dowiedzieliśmy się również, że na pobliskich plażach składają jaja żółwie Careta careta. W drodze powrotnej mieliśmy postój na fermie bocianów, których normalnie nie można znaleźć w Turcji, gdyż lecąc do Afryki omijają ten kraj. Co kraj, to obyczaj-my nie mamy w Polsce takich problemów, bocianów ci u nas dostatek! Czwartek, 7 lipca 2005 Dziś znów plażujemy i pływamy w cieplutkim morzu. Jednak, jak się okazało, nie wytrzymaliśmy zbyt długo i postanowiliśmy zrobić sobie spacerek. Szliśmy tak wzdłuż plaży i nagle spostrzegliśmy oznakowany szlak turystyczny. Zaskoczyło nas to bardzo, bo pytaliśmy się naszej rezydentki, czy są tu jakieś trasy na pobliskie góry i otrzymaliśmy odpowiedź negatywną. Do tego pani z ? Itaki? trochę z ironią w głosie stwierdziła, że ?nikt tu przecież po górach nie chodzi?. My byliśmy innego zdania i postanowiliśmy sprawdzić, dokąd wiedzie znaleziona przez nas droga. Podejrzewaliśmy, że na najwyższy szczyt w okolicy-Babadag, gdzie mieści się słynne centrum paralotniarstwa. Tak jak wyszliśmy z plaży, czyli w strojach kąpielowych i sandałach rozpoczęliśmy wspinaczkę. Początkowo wejście było łagodne, ale im wyżej, tym już było trudniej. Niestety, nie udało nam się wejść na sam szczyt, ale dotarliśmy i tak bardzo wysoko, skąd mieliśmy piękne widoki na całe Oludeniz i na Błękitną Lagunę. I znowu dokonaliśmy kolejnego odkrycia! Piątek, 8 lipca 2005 Nie możemy siedzieć w hotelu i dlatego wyruszamy w rejs wokół 12 wysp. Wycieczka była bardzo przyjemna. Płynęliśmy stateczkiem po morzu. Przez cały dzień mogliśmy się opalać na górnym pokładzie, a co jakiś czas robiliśmy sobie postój przystając przy niektórych wyspach. Wtedy można było popływać sobie, czy zjechać z ogromnej zjeżdżalni prosto do morza. Rewelacja! Do tego krajobrazy bardzo urokliwe! Warto było! Sobota, 9 lipca 2005 Wstajemy skoro świt, gdyż ok. 6.20 wyjeżdżamy na 2 dni. Celem naszej podróży będą Efez i Pammukale. Ze względu na ogromną odległość, którą musieliśmy pokonać, wyruszyliśmy wcześnie rano. Jechaliśmy kilka godzin, by w końcu dotrzeć do Efezu. Tam wraz z przewodnikiem rozpoczęliśmy zwiedzanie jednego z większych miast starożytnego Rzymu. Tutaj wyjątkowo czuliśmy się jak w prawdziwym muzeum, gdyż były tabliczki z informacjami, zakazy wstępu itp. Nasz turecki przewodnik bardzo ciekawie opowiadał o niezwykłościach tego miejsca. Pokazał nam publiczne toalety, bibliotekę, z której bezpośrednio można się było dostać do... domu publicznego. Teraz już wiadomo, dlaczego starożytni byli tak żądni wiedzy płynącej z grubych ksiąg;) Okazało się, że w Efezie wciąż prowadzone są prace wykopaliskowe, a planowany termin zakończenia to około, bagatela, 100 lat! Po obejrzeniu tego pięknego miasta, udaliśmy się w kierunku Pammukale, gdzie mieliśmy mieć nocleg. Podczas jazdy autokarem wydawało nam się, że nie działa klimatyzacja. Jednak dopiero, gdy wyszliśmy na zewnątrz, poczuliśmy prawdziwą temperaturę, która wynosiła ok. czterdziestu kilku stopni. Dla nas to było trochę za gorąco! Dlatego zaraz po przydzieleniu nam pokoju, wskoczyliśmy do hotelowego basenu. Potem zjedliśmy obiadokolację, która połączona był a z występami tureckich artystów. Niedziela, 10 lipca 2005 Zaraz po śniadaniu jedziemy do Pammukale i Hierapolis. W Pammukale widzieliśmy piękne białe wapienne skały, po których chodzi się bez butów. Przed wejściem należy zdjąć obuwie i zostawić je pod czujnym okiem tamtejszego strażnika. Zastanawialiśmy się, czy znajdziemy je potem, ale musieliśmy zaryzykować. Białe skały są niesamowite, zwłaszcza że nigdzie indziej nie ma czegoś takiego. Do tego warto dodać, że z nich spływa gorąca woda, pod którą wszyscy turyści chętnie wchodzą. Następnie udaliśmy się do pobliskiego Hierapolis, starożytnego miasta, które w przeciwieństwie do Efezu jest bardzo zaniedbane, a na ruinach budowli, czy cmentarza powstają śmietniki, czy miejsca parkingowe. Po prostu turecka mentalność! Jak się dowiedzieliśmy, w Hierapolis znajdowała się największa nekropolia. Zresztą wędrując po tym miejscu ciągle znajdowaliśmy szczątki grobowców. Nie mieliśmy jednak wystarczająco dużo czasu, by przejść całe miasto i musieliśmy wracać na miejsce zbiórki. Tam ujrzeliśmy także słynne baseny Kleopatry, w których można zażywać zdrowotnych kąpieli w wodzie sodowej. Przyjemność ta kosztuje ok. 15 lirów! Z wiadomych względów z usługi tej nie skorzystaliśmy! Potem czekała nas długa droga powrotna do Oludeniz, a następnie przygotowanie do wylotu do Polski. Poniedziałek, 11 lipca 2005 Ostatni dzień naszego pobytu. Postanowiliśmy pożegnać się z okolicą, kupić jeszcze prezenty dla rodziny i znajomych. Mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc na zakończenie podróży poślubnej popływaliśmy sobie w hotelowym basenie. Ta wyprawa na długo pozostanie w naszej pamięci! Może jeszcze tu wrócimy, bo warto... |
||